Czułość – kilka słów po warsztatach tkackich

Minionej niedzieli zagościła na kilka godzin w progach mojego serca czułość. Piszę progach, ponieważ bardzo ciężko jest się jej przedostać dalej. Gdy już podejmuje decyzję, aby zrobić krok naprzód, nagle czmycha, gdzie pieprz rośnie! Taka to była moja ta moja niedziela! Co właściwie się wydarzyło?

 

Kiedy wreszcie przełamałam się i zdecydowałam, aby po raz kolejny dać sobie kilka godzin sam na sam z rękodziełem, nie wiedziałam do końca czego mogę spodziewać się po takim spotkaniu. Dodam, że nie jestem osobą uzdolnioną plastycznie. Gdybym mogła wybrać kim będę zaraz po urodzeniu, bez wahania zdecydowałabym się na bycie szeroko pojętą artystką. A co, trzeba mieć w życiu jakiś rozmach! 🙂 Ale tak szczerze, to dlatego „szeroko pojętą”, ponieważ nie mogłabym podjąć decyzji pomiędzy byciem pianistką, a malarką. Czy w ogóle można tu decydować? W jaki sposób, jak obie dziedziny sztuki są tak niesamowicie pociągające? Ale… do rzeczy!

Czułe tkanki – brzmi bardzo miło, prawda? I w istocie takie jest. To 4 godziny warsztatów tkackich dla kobiet. Kilkadziesiąt minut tak naprawdę sam na sam walki ze swoimi małymi, wewnętrznymi potworkami. To dyskusje z tym wszystkim czego się boimy, przed czym uciekamy, za czym tęsknimy. Niełatwo jest dać sobie taki czas. Nie tylko wydać pieniądze na siebie i dla siebie, ale być może zderzyć się z sytuacją, że to, co tworzą moje dłonie, niekoniecznie jest tym, na co chcę patrzeć z czułością. Że to, co wyplatam, to nie jest to, co mi się podoba. Bo gdy spojrzę w prawo – widzę wesołą dziewczynę, która zaplata swoje sznureczki na krośnie, jakby nie przejmując się, że innym lepiej to wychodzi. Z kolei, patrząc w lewo, spotykam się z tworem idealnym, dokładnie wymierzonym, takim jakiego oczekuję na plecionce, która leży właśnie przede mną. A jej twórczyni jest z siebie zadowolona. A przynajmniej taką mi się jawi. Mimo, że od jednej ze stron słyszę, że i moja plecionka jest lepsza od czyjejś, nie mogę na to przystać, bo przed sobą widzę tylko szarobury kołtun czegoś zupełnie dla bezsensownego. Gdzie w tej narracji jest prawda? Otóż…Prawda jest we mnie. W tym, co ja czuję. Co ja myślę o swoim dziele. Co ja chcę przekazać „tym czymś” innym.

Wiem, że zupełnie irracjonalnym może wydawać się pisanie o jakiś plecionkach na krośnie. Tak…Rozumiem to w zupełności. Jednak prawda pojawia się również wtedy, kiedy to, co wydarzyło się przez te 4 godziny, zaczyna we mnie pracować. A pracuje długo i ciężko. Mózg niemalże paruje! Ach…Bardzo chciałabym kiedyś stworzyć coś, co w zupełności będzie mi się podobać. Przed czym stanę i powiem: wykonałam. JA! Swoimi rękoma. Czy mówiąc tu o tkactwie, czy o fotografii, kaligrafii, a może o napisaniu listu do bliskiej osoby. Gdy tak zaczęłam zastanawiać się nad swoją niezwykle szybko galopującą wewnętrzną narracją, doszłam do wniosku, że muszę mówić myślom, które mnie zabijają ostre STOP. Zapytacie być może, co to są za myśli. „Ja nie potrafię”. „Ktoś zrobił to lepiej”. „To bez sensu”. „On na pewno tak pomyślał”. To tylko kilka z tych zdań, ale jakże zatruwających codzienne funkcjonowanie. Jeśli ja nie potrafię popatrzeć na siebie z czułością, to jak mogę wymagać tego od innych? Nie mogę. Mogę wymagać tylko od siebie. Mogę sobie zatęsknić za tą idealną osobą, którą we własnych myślach widzę i kiedyś na pewno stanę się. Ale jeśli ktoś słuchał noblowskiej mowy p. Olgi Tokarczuk, ten wie, że „jeśli się do kogoś tęskni, to on już jest”. Czyli jeśli tęsknię za sobą idealną, znaczy, że już taka jestem? Tu i teraz? Chciałabym powiedzieć TAK. Ale skłamałabym. Byłoby to bardzo nieczułe z mojej strony tak mówić nieprawdę.

Dziwnym jest, że potrafimy być najczulsi dla najbliższych. Ba! Nawet dla obcych potrafimy, a sobie skąpimy, mówiąc często, że „jeszcze będzie czas”. Czas na co? Jeśli nie mam czasu ze swoim „ja”, to jak mogę dawać, ofiarowywać swoje najintymniejsze skrawki duszy innym? Czy w ogóle powinienem opiekować się innymi, jeśli sobie nie potrafię pomóc? Nie znam recepty na swoje potworki?

Na koniec, chcę przytoczyć jeszcze jedno ważne przesłanie z tej samej przemowy pisarki, o której wspomniałam powyżej:

„Czułość jest sztuką współodczuwania, nieustannego odnajdywania podobieństw. Czułość personalizuje to wszystko, do czego się odnosi. Pozwala dać głos. Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. (…) Jest spontaniczna i bezinteresowna. Jest raczej świadomym, choć trochę melancholijnym dzieleniem losu. Jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością. Dostrzega więzi, podobieństwa. Jest trybem współpracującym i współzależnym”.

Jeśli potrafimy tak głęboko współodczuwać, uczmy się również współodczuwania ze sobą. A nawet w sobie.

Warsztaty tkackie, o których piszę w powyższym tekście, znajdziecie TU. Organizowane są w najróżniejszych miastach w Polsce.

Marta Róża

Marta Róża

Cześć i czołem! Jestem Marta Róża. Piszę i robię zdjęcia z serca, mieszkam w Warszawie i cieszę się, że zawitałeś do mojego świetlikowego świata. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce "O mnie".

O mnie

2 thoughts on “Czułość – kilka słów po warsztatach tkackich”

  1. A czy nie tym jest bycie artystą? Szukaniem nieustannie w życiu ulepszenia i upiększenia? Tworząc dążymy do ideału nigdy go nie osiągając. Bo przestalibyśmy tworzyć, przestalibyśmy szukać. Jak św. Tomasz z Akwinu, który zobaczywszy Boga już nic więcej nie napisał, bo znalazł. Sztuka jest chyba nieustannym szukaniem i wzrastaniem :).

    Piękne tkanki! :*

    1. Ooo! Dopiero zobaczyłam komentarz. Masz jak najbardziej rację 🙂 Tym jest bycie artystą! Pozdrawiam Cię ciepło 🙂

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *