HISTORIA P. FRANCISZKA

To kadr z Łodzi, ale nie mam pasującego zdjęcia do tego co chciałabym opisać. A to mi pasuje najlepiej ❤️

Czasem jest tak, że ktoś jest tak zwyczajnie dla nas bardzo, bardzo dobry. Może nam tego nie mówić, ale to się czuje  I czeka na jakiś ruch, gest, a my nie mamy czasu, może sił, a może i nie wiemy czy ten ktoś właśnie czeka w tej chwili na rozmowę, czy na uśmiech, czy na…? W tym miejscu można wpisać co tylko się chce. Bo czekać można na wiele różnych rzeczy. I nie wiemy nigdy co komuś może się przydać. Czego ktoś od nas oczekuje.

***

Prawie rok temu poznałam przemiłego starszego Pana, nazywał się Franciszek. Był dżentelmenem starej daty i jak kot wygrzewał się na ławce pod kamienicą, którą razem z nami dzieli również kilka innych osób. Człowiek ten miał umiejętność „łapania” mnie zawsze wtedy, gdy bardzo się spieszyłam. Choć tutaj muszę przyznać, że na palcach jednej ręki można policzyć kiedy tego nie robiłam  Jak coś do mnie mówił, to ja już myślałam, że „ok, ok, jeszcze na zakupy do biedronki powinnam skoczyć i na obiad to zrobię pomidorową, a jeszcze trzebaby wstawić pranie..” Ale do rzeczy. Ta jego umiejętność polegała na tym, że łapał i rozmawiał, wdawał się w dyskusje, więc dyskutowaliśmy. Choć na początku to zamienialiśmy kilka zdań, bo ja w głowie miałam cały czas ten kołowrotek. Że mam ciągle coś do zrobienia. Że obiecałam, że zadzwonię do M., że nie odpisałam K. Ale w miarę upływu czasu ten kołowrotek kręcił się wolniej. Przystawałam i słuchałam. A że lubię to robić, to rozmawialiśmy trochę o fotografii, pokazywał mi albumy, a w nich czarno-białe zdjęcia swojej rodziny i piękne sukienki żony (miała ich około 100, wszystkie uszyła sama!).

***

Niestety tak było na początku, bo potem już nie miałam tyle czasu ze względu na zaległości w pisaniu magisterki i naprawdę musiałam wziąć się w obroty  Ale on dalej wygrzewał się na tej ławce w jesiennym słońcu, a zimą zapraszał na malinówkę i oglądanie „muzycznych programów”. Jak pierwszy raz to usłyszałam to pomyślałam, że się przesłyszałam. Powiedziałam tylko: „Ale że pan mnie zaprasza zaprasza na Jaką to melodię!?” No naprawdę nie wierzyłam, że tak można. Po pierwsze, że to się jeszcze ogląda, a po drugie, że kogoś można zaprosić na taką formę spędzenia czasu. Nie żebym potrzebowała jakiś wykwintnych atrakcji na co dzień, ale pamiętam, że silnie mrugałam oczami ze zdziwienia  Ale poszłam. Sama nie wiem dlaczego. Po części pewnie dlatego, żeby mieć pretekst, że robię coś dla kogoś i nie muszę pisać tej przeklętej pracy magisterskiej! Bo mam ciekawsze rzeczy do zrobienia niż przepisywanie tego, co już ktoś napisał innymi słowami. A po drugiej części, że coś mnie ciekawiło. Że chyba nikt nigdy nie zaskoczył mnie tak… zwyczajnym zaproszeniem. Pomysłem. A jednocześnie niezwyczajnym! 

***

W zeszłym tygodniu, 1.08 wróciłam do domu baaaardzo późno. Wchodząc na klatkę zobaczyłam, że drzwi od mieszkania p. Franciszka są wyważone. Pomyślałam, że teraz jemu pewnie się włamali. Bo ostatnio to dość popularne w moich okolicach warszawskich. Pukałam, ale nikt się nie odzywał, więc czmychnęłam do siebie, co by szybko zasnąć, bo rano przecież trzeba iść do pracy w miarę rześkim (nie udało się ). Dwa dni później dowiedziałam się, że p. Franciszek dostał udaru i ktoś go znalazł w mieszkaniu… A kilka dni temu zmarł.

***

Tyle jest ciekawych okazji do spotkania drugiego człowieka. W najmniej oczekiwanych okolicznościach. I tak sobie myślę, że gdybym wtedy nie poszła na „Jaką to melodię” to pewnie nie wiedziałabym, że można TAK spędzać czas. Pewnie nie dostałabym od niego pięknego aparatu po włamaniu w marcu, co do dziś mnie wzrusza i nie dowierzam w to, że można komuś ofiarować coś tak cennego (tym aparatem robili zdjęcia z żoną na wspólnych wyjazdach po świecie). Wielokrotnie pytał mnie czy go naprawiłam (bo okazało się, że nie działał), ale ja nie miałam czasu, żeby nawet znaleźć miejsce, gdzie można naprawić taki sprzęt. Ale czułam, że on to przyjmuje. Że nie podważa tych słów. Uśmiechał się kpiąco i dalej szedł posiedzieć na swojej ławeczce  Tak więc aparat stoi nadal i czeka na swoje nowe życie. A ja sobie myślę, że lubiłam te programy muzyczne. I że on, kurka, znał więcej melodii „po jednej nutce” niż ja. Mimo że słabo słyszał. I że jestem wdzięczna, że moja intuicja do ludzi mnie nie zawodzi.

***

Chyba chciałam tylko powiedzieć, że takich panów Franciszków jest bardzo wielu. I pań też. I że fajnie sobie czasem usiąść z kimś zupełnie obcym na takiej ławce i pogadać. A jak nie gadać to wystawić, jak to mówiła Magda Prokopowicz z Rak’n’Roll – „łeb do słońca” i nawet pomilczeć. Ale oswajać się. Zrobić coś nowego, innego. Wyjść z tego kołowrotka, po którym kręcimy się jak chomiki. Tak po prostu 

Marta Róża

Marta Róża

Cześć i czołem! Jestem Marta Róża. Piszę i robię zdjęcia z serca, mieszkam w Warszawie i cieszę się, że zawitałeś do mojego świetlikowego świata. Więcej o mnie przeczytasz w zakładce "O mnie".

O mnie

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *